W Twoim końcu mój początek.

Tak brzmiał tytuł pierwszej notki na tym blogu. 25 grudnia 2013 minął rok od zamieszczenia pierwszego tekstu tutaj.

Co więcej, dziś jest ten dzień, w którym chętnie podsumowuje się rok zakończony.

Nie był dla mnie zbyt łaskawy, jak to się przywykło mawiać.

Wiem, że większość fenomenalnych porażek jest winą tego, że bywam dość często leniwą bułą, a jak czegoś bardzo się chce, to powinno się do tego dążyć. Brakowało mi determinacji, szczególnie w działalności blogowej – więcej Was czytałam niż pisałam.

Z drugiej strony zrobiłam bardzo przełomowy krok w swoim życiu. Rzuciłam się niemalże na głęboką, nieznaną wodę i ruszyłam za marzeniami kreśląc to, co uważałam za cel przez jakąś 1/3 własnego życia.

Nie mam zamiaru teraz czekać, aż 14 w dacie przyniesie mi szczęście bądź nie. Jak skończę pisać tą notkę, wezmę mój kalendarz i na spokojnie spiszę plan działania. plan, nie postanowienia. Prawdopodobnie tylko na pierwszy kwartał roku, nikt nie broni przecież celebrować nowego początku i planowania „od nowa” 4 razy do roku, prawda? ;D

Swoją drogą, włączyłam dziś rano telewizję, jakiś kanał z muzyką, żeby coś po prostu grało w tle. To, co usłyszałam jest jedyne, co potraktowałam jako wróżbę. Albo bardziej polecenie…

Work, bi*ch.

A w tym momencie życzę Wam nietuczącej czekolady. Będzie łatwiej spełnić postanowienie/plan schudnięcia pogryzając taki rarytas. Wszystkiego dobrego!