Keep calm and…

Angielski. Język już prawie ojczysty, bez niego jak bez ręki w dzisiejszym świecie.

TEN wpis sprowokował mnie do małego językowego rachunku sumienia. Często łapię się na tym, że angielski mnie trochę przeraża. Co więcej – niezbyt go lubię. Jeszcze częściej zauważam, że zamiast angielskich słów, mam w głowie tylko rosyjskie. Chociaż tego drugiego języka uczę się znacznie krócej. Że kiedy w Krakowie spytano mnie o papierosa, musiałam mocno „przetrawić”, czego ode mnie chcą i (co gorsze!)  jak odpowiedzieć. Oraz największy grzech – zrezygnowanie z ustnej matury z angielskiego.

Jednak za duży osobisty sukces odnotowuję sytuację, kiedy grzecznie pytałam ludzi o drogę i okazało się, że dwaj zagadnięci panowie nie mówią po polsku. Udało mi się dogadać, byłam dumna z siebie tak, że urosłam w własnych oczach o kilka centymetrów :)

Zostaje mi teraz samej zatroszczyć się o własny poziom angielskiego, żeby móc czytać wszystko bez większego problemu (albo oglądać seriale bez napisów). Najlepiej od zaraz. Kiedy jest przecież odpowiedni czas, jak nie teraz?

W ramach ciekawostki polecam zerknięcie do tegorocznej podstawowej matury z tego języka.

Jak lustro

Zaskakujące, jak czasami drobne rzeczy kreują rzeczywistość. Nawet najgorszy dzień może stać się chociaż do zniesienia dzięki nim. Uśmiech sprzedawczyni w sklepie. Pani kierowca w autobusie (uwielbiam, jak za kierownicą siedzą kobiety! Przynajmniej w moim mieście wiąże się to ze spokojniejszą jazdą i idealną zgodnością z rozkładem).  Jeden mały esemes.

Chcąc lub nie, nie mogę się odciąć od innych ludzi. A każdy z nich działa jak lustro – odbija emocje, które wysyłam w eter. Czemu więc nie wysyłać dobrej energii i zmienić wszystko tak łatwo, jak za pomocą jednego przycisku?

A skoro o przyciskach mowa… na początku dobry będzie i TEN, prawda?