Moje prywatne 7 grzechów głównych

Też tak macie, że pewne błędy popełniacie notorycznie? Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, co mnie regularnie rujnuje i odkopuje – więc powstała! Prywatna lista 7 grzechów głównych, obalająca ostatecznie mit, że fakt posiadania bloga czyni człowieka niezniszczalnym cyborgiem niczym Arnie w Terminatorze.

1. Przejmowanie się pierdołami

Moja wina, moja wina, moja BARDZO wielka wina. Największy z możliwych, najgorszy z całej siódemki. Dzięki tej pozycji (jak miło zrzucić ciężar na „coś z zewnątrz”, zupełnie jakby to nie była część mnie!) milczałam przez cały miesiąc. Dlaczego? Wydawało mi się, że teksty, które piszę są niewystarczająco dobre. Albo że temat jest tak oklepany, że już powiedziano na ten temat wszystko. Oczywiście, nie wpłynęło to tylko na życie blogowe. Głupi drobiazg jest mi w stanie zepsuć dzień. Pytanie, czy warto było.

2. Dokładanie „na zaś”*

*jakbyśmy to powiedzieli u nas, na Śląsku. W myśl zasady co można zrobić dzisiaj, zrób pojutrze i będziesz miał dwa dni wolnego. Znacie to?

3. Lekceważenie swoich potrzeb

Cokolwiek byśmy nie mówili, każdy ma jakieś potrzeby. Choćby miało to być oddanie czemuś mega-nieproduktywnemu. Mózg czasem potrzebuje odświeżenia – jak przy sushi, które lepiej smakuje, jak się je zagryzie marynowanym imbirem. Moim ostatnim chciejem jest kultura, ale nie rosyjska, potrzebna na studia. W planach mam książki Rafała Kosika (strzeż się, panie Kosik, jak mi przypadną do gustu, będę pierwsza pisać maile żądając skończenia następnej powieści dla dorosłych!) i film w kinie. Jak szaleć to szaleć.

4. Strach przed błędami

Jedna Ukraina z mojej grupy powiedziała mi kiedyś, że to przecież największy błąd, jaki może być. I ciężko jej odmówić racji. Mimo, że czasem łapię byka za rogi… równie często odpuszczam sobie, albo stosuję punkt drugi. Moja ambicja strasznie długo dochodzi do siebie po porażkach. Co nie zmienia faktu, że pewnie sporo okazji przeszło mi koło nosa, bo się bałam.

5. Jedzenie.

Za mało. Za dużo. Nieregularnie. Bez gwiazdki z dopiskiem „niepotrzebne skreślić”, bo wszystko jest niesamowicie prawdziwe. Kiedyś to się zemści…

6. Zamykanie się w domu

Mam tendencję do siedzenia w domu, olewanie imprez integracyjnych, melinowania się w pokoju z laptopem na kolanach i własnym świecie. Albo ograniczenie się do jednej, góra dwóch osób. Co najśmieszniejsze – często nic fajnego z tego mojego zamykania się nie wynika. Niech się stanie wóz lub przewóz: albo do ludzi albo do działania!

7. Zachowywanie się, jakby wszystko było OK

Po przemyśleniu dochodzę do wniosku, że ta pozycja zajmuje pierwsze miejsce ex aequo z punktem pierwszym.
 Złe, złe, bardzo złe…

Dlaczego o tym piszę? Nie bez powodu. To, co zapisane, nabiera mocy. A blog motywuje, żeby coś z tym zrobić – chociaż jesteśmy tylko ludźmi, chciałoby się to jedno życie przeżyć jak najlepiej.

Słowem – powracam. Ze zdwojoną siłą, nowymi pomysłami i klarownym planem, nad czym należy popracować.

A Wy? Macie swoją listę 7 grzechów głównych? A może jesteście jak młody i piękny Arnie? ;)

To całe bycie pięknym jest przereklamowane!

Farbowanie włosów na ikonę stylu MM. Albo na rudo. Odchudzanie się tylko po to, żeby modelki Victoria’s Street nie generowały kompleksów. Wciskanie tyłka w legginsy w panterkę, bo są modne. Niewygodnie długie tipsiory. Tona tapety na paszczy. Wszystko po to, żeby być piękną i podobać się każdemu. Z naciskiem na tych wszystkich przystojniaków.

W tym całym zamieszaniu psychologowie grzmią o akceptacji siebie. Zauważyliście, że to sformułowanie nie wywiera na nas żadnego wrażenia? Bo przecież każdy akceptuje! Jednocześnie dusząc w sobie masę kompleksów. 

Często żeby zniszczyć czyjeś potężne obwarowanie poczucia własnej wartości wystarczy jedno zdanie. Myśl rzucona przelotnie. Przykład. Ta sukienka Cię pogrubia. I koniec, wszystko przepadło! Nic innego się nie liczy! Od razu pojawia się setka myśli: przebrać się, udusić ta małpę, co tak paskudnie dopiekła, utopić żal w litrze lodów, biec na siłownię i to natychmiast, bo przecież wszyscy widzą teraz, jaka jestem gruba…! A akceptacja gdzie?

Każda z nas chce być piękna. Kobieca. Po prostu się podobać. Stąd mody i jej ikony. Ale powiedzmy sobie raz na zawsze: wszystkim się podobać NIE będziemy.

„Piękno jest w oczach tego, kto patrzy”

Na to zdanie natknęłam się tam, gdzie najmniej się spodziewałam. Ostatni bastion Barta Dawesa, napisany przez Stephena Kinga (pod pseudonimem Richard Bachman).

Nie chcę przez to powiedzieć, że dbanie o siebie nie ma sensu. Ma. Trzeba tylko wiedzieć, w jakim celu dany środek jest zastosowany, czy nam jest w czymś wygodnie, czy się dobrze w tym/z tym czujemy. Nie ma sensu poprawiać się wbrew swojej woli. Bo piękno jest w każdym z nas. A kobiecość w każdej (swoją drogą, jak kobieta może nie być kobieca? Nawet tak zwany „babochłop”). Trzeba tylko kogoś, kto zechce to zauważyć. Bo bycie pięknym według wzorców ustalanych z góry jest jakieś takie… przereklamowane!


http://pl.wikipedia.org/wiki/Twiggy

Serio, piękno nie zależy od tego, czy ważysz 40 kilo, czy 140. To wpływa na zdrowie, ale nie na piękno. Dokładnie taki sam wpływ na atrakcyjność ma kolor włosów, wielkość biustu, rozstępy, cellulit (co do niego odsyłam TU) czy cokolwiek innego.

Tym postem chciałabym zapowiedzieć cotygodniowy cykl wpisów „Kobiecość – subiektywnie”. O tym, co uważam za kobiece lub z kobiecością związane. Zapraszam!