Jestę Polakię. Wykształcon jestem, tolerancyj się nie boję.

Wyobraźcie sobie supermarket w piątkowe, dość późne, popołudnie. Rodziny z dziećmi i wypchanymi wózkami. Nudzące się nastolatki. Starsi ludzie. Kolejki długie, chociaż do tych z PRLu jeszcze im daleko.

Wiecie, ile wtedy można się dowiedzieć o ludziach?

Stojąc w jednej z tych kolejek do kasy usłyszałam coś, co mnie zmroziło.

Pan (wyciągając z koszyka klapki): FUUUJ!!! Ale te klapki śmierdzą CHINAMI! Ale… (tu chwila zastanowienia) na gruba* będą dobre.

A potem coś o tym, że małe żółte rączki. Znacie to zapewne.

Stałam tam jeszcze chwilę, ale przestałam słyszeć, co się dzieje za mną. Po prostu mnie zatkało. Jak to jest, pomyślałam, że tak mocno my (w sensie, że Polacy, narodowo solidarnie) tak bardzo kierujemy się stereotypami? Że każdy nie z Polski jest zły, bo… właśnie, BO CO?

Zabolało mnie, że kraj z piękną kulturą i całą gamą zapachów, od imbiru po herbatę,  jest widziana przez pryzmat produkowanych tam gumowych klapków. Że nie ma ksztyny zrozumienia dla sytuacji, w jakiej znajdują się mieszkańcy Chin. I, co najlepsze, że mimo tego „odrażającego smrodu z Chin”, wyżej wymieniony pan klapki jednak zakupił.

Nie muszę daleko szukać przykładów na to, jak bardzo tolerancyjni jesteśmy. Wystarczy czasem, że przyznam się do mojego kierunku studiów. Niektórzy reagują, jakby uczelnia produkowała małych komunistów gotowych zastąpić Stalina. Albo zestrzelić jakiegoś Tupolewa, tak dla zabawy.

W komunikacji miejskiej każdy czarnoskóry skupia na sobie spojrzenia wszystkich. W tym przerażony wzrok starszych pań w beretach.

Nie wspominając o tych, co posługują się obcym językiem.

Wracając do tamtego popołudnia – po prostu opadły mi ręce. Lubimy być najlepsi. Lubimy, jak za granicą jesteśmy dobrze taktowani i kiedy dobrze o nas myślą. Jednak swoim zachowaniem na szacunek nie zasługujemy. Dlatego jestem za tym, by słowo „Polak” w pewnych przypadkach pisać z litery małej.

 

* rzecz działa się na Śląsku. Chodzi o kopalnię.

W Twoim końcu mój początek.

Tak brzmiał tytuł pierwszej notki na tym blogu. 25 grudnia 2013 minął rok od zamieszczenia pierwszego tekstu tutaj.

Co więcej, dziś jest ten dzień, w którym chętnie podsumowuje się rok zakończony.

Nie był dla mnie zbyt łaskawy, jak to się przywykło mawiać.

Wiem, że większość fenomenalnych porażek jest winą tego, że bywam dość często leniwą bułą, a jak czegoś bardzo się chce, to powinno się do tego dążyć. Brakowało mi determinacji, szczególnie w działalności blogowej – więcej Was czytałam niż pisałam.

Z drugiej strony zrobiłam bardzo przełomowy krok w swoim życiu. Rzuciłam się niemalże na głęboką, nieznaną wodę i ruszyłam za marzeniami kreśląc to, co uważałam za cel przez jakąś 1/3 własnego życia.

Nie mam zamiaru teraz czekać, aż 14 w dacie przyniesie mi szczęście bądź nie. Jak skończę pisać tą notkę, wezmę mój kalendarz i na spokojnie spiszę plan działania. plan, nie postanowienia. Prawdopodobnie tylko na pierwszy kwartał roku, nikt nie broni przecież celebrować nowego początku i planowania „od nowa” 4 razy do roku, prawda? ;D

Swoją drogą, włączyłam dziś rano telewizję, jakiś kanał z muzyką, żeby coś po prostu grało w tle. To, co usłyszałam jest jedyne, co potraktowałam jako wróżbę. Albo bardziej polecenie…

Work, bi*ch.

A w tym momencie życzę Wam nietuczącej czekolady. Będzie łatwiej spełnić postanowienie/plan schudnięcia pogryzając taki rarytas. Wszystkiego dobrego!